Postanawiasz sobie w sercu, że idziesz jak po swoje. Czujesz moc, pewność siebie i zdecydowanie. Emanujesz siłą, męskością, testosteron aż kapie z nosa, i jest Ci z tym tak dobrze. Co więcej – spoglądasz na wyraz twarzy „drugiej strony”, i widzisz, że ta męska energia na nią oddziałuje. Zdobywasz cel, który sobie założyłeś. Znasz to?

Przepraszam, że żyję

Parę tygodni temu zapytałem na Facebooku moich czytelników o trudność, jaką mają faceci-katolicy z „bezczelnym” pójściem jak po swoje. Nie chodziło mi o aroganckie zachowanie, ale o siłę, przebojowość i optymizm w walce o ważne życiowe sprawy. Jeden z czytelników napisał w prywatnej wiadomości: „Stwierdzam, bazując na doświadczeniu, że do wspólnot katolickich uczęszcza niewielki odsetek prawdziwych mężczyzn (…) wspólnoty konserwują chłopaczków bojących się wyzwań. W tekście pewnej pieśni religijnej są zawarte słowa: „zbliżam się w pokorze i niskości swej…”. I tak „faceci” próbują zdobyć kobiety. Żałosne, ale prawdziwe”.

Facet w Kościele trochę nie wie, co zrobić ze swoją męskością, bo nie widzi wielu mądrych wzorców świeckich mężczyzn, z których mógłby brać przykład. Zostaje więc świecką wersją księdza, a raczej adaptuje do swojego życia to, co uznaje za katolickie. Staje się sympatyczny, cichutki, niewyraźny, wycofany, pozbawiony ognia, przeduchowiony, „przeprasza za to, że żyje”, no, generalnie sam siebie kastruje. Zaczyna odgrywać jakąś rolę. Oczywiście nie da się przełożyć 1:1 powołania i ideałów życia duchownego do sposobu życia świeckich, to są różne rodzaje funkcjonowania w świecie. Jakie jest więc zdziwienie takiego mężczyzny, kiedy spotyka on kobietę, która nie chce mieć za męża księdza, ale wojownika, kochanka i człowieka żyjącego pełnią życia. I jaki jest jego żal za straconym czasem, gdy wreszcie ktoś mu przetłumaczy, że należy do Kościoła ludzi grzesznych, a nie grzecznych.

Co robić podczas bombardowania

Nie chodzi mi wyłącznie o związki damsko-męskie, lecz o to, jak podchodzimy do wszelkich dużych celów, jakie sobie wyznaczamy. „Żołnierz, a nawet cywil, który jest pewny zwycięstwa, inaczej przeżywa wojnę” – powiedział kiedyś o. Joachim Badeni, mężczyzna, który służył w polskiej armii podczas walk z nazistowskim najeźdźcą. Z badań nad ludzkim mózgiem wiemy, że nasze myśli, przekonania o nas samych, emocje wpływają na to, jaki osiągamy rezultat, gdy podejmujemy się jakiegoś wyzwania, czy stoimy przygarbieni, czy może przyjmujemy mocną postawę ciała, czy mówimy pewnym głosem, utrzymujemy kontakt wzrokowy z rozmówcą. Ale w cytacie z o. Badeniego chodzi o coś więcej.

Kiedy w życiu zacznie się „ciężkie bombardowanie”, to, jaką wewnętrzną postawę wobec niego przyjmiesz, będzie miało znaczenie. Wtedy na wierzch wychodzą nasze zranienia, kompleksy, wychowanie, a jeszcze Szatan może podsuwać nam pod nos dotychczasowe porażki i grzechy. Trzeba umieć wychwycić, a potem uciszyć ten wewnętrzny sabotaż. Na szczęście chrześcijaństwo dlatego jest Dobrą Nowiną, że do naszej słabości ze swoją łaską przychodzi Bóg. To On daje nam moc. Nie jesteś swoim grzechem lub porażką. Podstawową prawdą o Twoim życiu jest to, że działa w nim Bóg, i tak już pozostanie na zawsze.

Lekcja od amerykańskiego generała

Znasz historię o tym, co zrobił gen. Cota i jego oddział, gdy podczas walk w Normandii natknął się na budynek zajmowany przez Niemców? „Generał brygady Norman „Dutch” Cota, zastępca dowódcy 29. Dywizji, trafił na grupę piechoty otaczającą farmę, gdzie ukryli się Niemcy. Zapytał dowodzącego kapitana, dlaczego jego ludzie nie podejmują żadnych działań, żeby zająć budynek. Sir, tam są Niemcy, strzelają do nas, odparł kapitan. Wie pan co, kapitanie – powiedział Cota, odpinając dwa granaty od swojej kurtki. – Niech pan ze swoimi ludźmi zacznie do nich strzelać. Ja wezmę swój oddział, a wy uważnie obserwujcie. Pokażę wam, jak zdobyć budynek zajęty przez Niemców. Cota poprowadził swój oddział wzdłuż ogrodzenia, aby podejść możliwie najbliżej zabudowań. Nagle wydał okrzyk i ruszył naprzód, a za nim jego ludzie, wrzeszcząc jak dzikie bestie. Gdy wrzucili granaty przez okna, Cota i jeszcze jeden człowiek kopnięciem otworzyli frontowe drzwi, wrzucili kilka granatów i przeczekali wybuchy, a potem wpadli do środka. Ocalali Niemcy wymykali się tylnymi drzwiami, ratując życie. Cota wrócił do kapitana. Widział pan, jak się zajmuje budynek? – spytał generał nadal bez tchu. – Rozumie pan? Czy teraz już pan wie, jak to się robi?”. Gdy czytam ten fragment z książki Stephena E. Ambrose’a „Citizen Soldiers”, czuję pobudzenie do działania. Bardzo go lubię.

Nie chodzi o to, by głosić „Ewangelię sukcesu”. Ale może za mało dotychczas mówiliśmy w Kościele o tym, że katolik ma prawo być ofensywny, stanowczy, wierzyć w siebie i sięgać po swoje marzenia. Dla jednego będzie to uruchomienie własnej firmy, dla drugiego założenie rodziny. Że jeśli buduje na Chrystusie, to ma prawo wejść do pokoju z marzeniami wyważając kopnięciem drzwi do nich prowadzące, i nie przekroczy przy tym granicy arogancji lub pychy. I jeszcze jedno. Optymizm, uśmiech oraz luz w podejściu do siebie i wyzwań – tu także mamy w Kościele dużo do odrobienia.

Od obrony do ataku

Zacytowana na początku pieśń „Zbliżam się w pokorze” ma głęboki sens w kontekście, w którym występuje. Ale to co jest zrozumiałe w jednych okolicznościach, nie zawsze sprawdzi się w drugich, pokora zaś nie oznacza uznawania siebie za w sumie nic nieznaczącego człowieczka, który chętnie przyjmuje ciosy. Co więcej, jeśli znasz swoją wartość, to nie pozwolisz, by Niemcy do Ciebie strzelali, bo do tego wzywa Cię Przykazanie miłości do samego siebie. Samo jednak bronienie się, reagowanie na wydarzenia kreowane przez kogoś innego to za mało. Pora przejąć inicjatywę i samemu przejść do ataku. Może nikt Tobie nie pokazał, jak to robić, ale też nikt Ci tego nie zabronił. Pytanie brzmi nie CZY możesz, ale CO możesz zrobić, by wyzwolić w sobie ogień?

Podaj dalej:
error0

Post Author: lukaszkusmierz

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o